Wędrówka do przeszłości

bench-chair-1617335_1920

 

Wydawało mi się, że najgorsze mam za sobą. Udało mi się przeżyć ponad dwa lata bez większych napadów lęku, nie wspomnę o napadach paniki. Czasami jednak w naszym życiu dzieją się rzeczy niespodziewane i nie bardzo chciane. W styczniu zmarł mój ojciec. Mama nie żyje od dziesięciu lat. Jako mój jedyny rodzic, ojciec został przeze mnie uznany za nieśmiertelnego. Pomimo wszystko potrzebowałam go. O moich relacjach z ojcem pisałam już wcześniej. Zakazy, nakazy, pretensje, groźby, awantury, wyzwiska… i ten wieczór, kiedy spóźniłam się kilka minut do domu i dostałam tak mocno w twarz w progu mojego pokoju, że znalazłam się pod parapetem okna. Nigdy nie byłam dla niego dość dobra – widział we mnie same błędy, nie tak wyglądałam, nie tak się zachowywałam… Kiedy w dzienniczku pokazywałam 4, od razu mówił, że skoro stać mnie na 4 to i stać mnie na 5. Nigdy żadnej pochwały…
Wspominałam, że pani psycholog znalazła wiele elementów z mojego dzieciństwa, którym zawdzięczam dzisiejszy lęk. Ale czemu po śmierci ojca ten lęk wrócił? Dlaczego pojawiły się senne koszmary? Czemu z dnia na dzień gasłam w objęciach strachu o coś? O co właściwie?

Musiałam zajrzeć w swoje myśli, zajrzeć głęboko. Na zasadzie skojarzeń brnęłam w coraz dalsze pokłady mojego umysłu, by odpowiedzieć sobie na pytanie czego ja się naprawdę boję??? Tak, boję się, że umrę… ale nie, że kiedyś umrę. Boję się w czasie ataku, że moje somatyczne objawy zwiastują chorobę i śmierć. Ale to jest tu i teraz. Ja chciałam odpowiedzi dlaczego w ogóle się boję… Otrzymałam ją…

Znalazłam w sobie małą dziewczynkę – 4 może 5 lat… dziewczynka bardzo tęskniła za rodzicami, którzy niemal każdego dnia odwozili ją do prababci – musieli chodzić do pracy. U prababci były ciocie i dziadek. Przychodziły panie do przymiarek (prababcia była krawcową), panie opowiadały różne historie – jedna, że zmarły mąż ją odwiedza i przewraca papiery na biurku, druga o chorobach… dziewczynka chłonęła wszystko… nie miała jeszcze filtra, który by filtrował napływające obrazy – czasami była przerażona, bo jej mała główka nie pojmowała tego wszystkiego… Dziewczynka czasami strasznie płakała u prababci, w żaden sposób nie można jej było uspokoić. Jedna z cioć biegła co sił w nogach do pobliskiego pogotowia ratunkowego, by ściągnąć tatę dziewczynki (pracował tam jako kierowca karetki). Tata przyjeżdżał i krzyczał… Dziewczynka chciała być tylko z rodzicami, czekała na nich, ale kiedy się pojawiali prawie zawsze krzyczeli. To była kara za to, że się bała i tęskniła.

Dziewczynka mając jakieś 11 lat musiała pożegnać się z mamą na ponad 2 lata (powody nie są ważne). Mamy nie było. Zanim odjechała był Mikołaj. Dostała między innymi paczkę ulubionych okrągłych biszkopcików. Ile razy poczuła ich smak, przed oczami miała mamę. Nie umiała sobie wyobrazić co będzie kiedy biszkopty się skończą. Trzymała je bardzo długo… zamieniły się w twarde kamyki i nie dało się ich już jeść, ale ciągle je miała, bo były od MAMUSI… Ojciec nie pomógł znieść rozłąki. Zostawiał dziewczynkę samą wieczorami i szedł do kolegi pić całą noc. Nikt nie wie jakie scenariusze rodziły się w małej główce… Tak bardzo dziewczynka się bała – było ciemno, wszystko pukało i stukało… A potem przychodził pijany ojciec i odsypiał “wyjście”. Dziecko nie miało się komu pożalić. Znowu byłyby krzyki i niezadowolenie.

Kolejna próba miała miejsce kilka tygodni później – dziewczynka musiała sama pojechać do szkoły autobusem, jakieś 15 minut drogi. Miała samiutka jechać autobusem, tak bardzo się bała, przecież nikogo nie znała… ale pojechała, przecież nie mogła zawieść ojca. Mógłby być niezadowolony.

A mając 12 lat dziewczynka stała się kobietą i dostała okresu. Wiedziała o tym ze szkoły. Mama nie zdążyła jej o wszystkim opowiedzieć a tata kazał tylko wziąć z szafki podpaski “co zostały po matce”… I znowu dziewczynka poczuła się opuszczona.

Ta dziewczynka ciągle we mnie mieszka. To mała dziewczynka boi się ciągle, że kiedy będzie sama w domu coś się wydarzy. Przecież lata temu te wszystkie złe i przykre dla niej rzeczy działy się właśnie wtedy, gdy była sama – w nocy czekając na ojca, długie miesiące czekając na powrót mamy… Potem czekała na męża alkoholika i też była sama, bo bez niego. Całe życie na kogoś czekała i była sama…

Całe moje dzieciństwo usłane było takimi okresami oczekiwania i strachu. Nie mogę powiedzieć, że moja rodzina była patologiczna – nie w tym sensie. Ale mogę stwierdzić po tylu latach, że zostałam skrzywdzona emocjonalnie. Zabrano mi pewien ważny etap dzieciństwa, z dnia na dzień musiałam stać się dorosła i zadbać o siebie, bo nikt nie miał potrzeby dbać o mnie. Dbali, ale nie z serca, nie tak jak powinien dbać ojciec, kiedy zabrakło matki. Nie, nie chodziłam głodna ani nie miałam brudnych ubrań. Z zewnątrz było jak należy. Jedyny głód jaki czułam to głód uczuć. Nie czułam się kochana ani bezpieczna. To zebrało żniwo w dorosłym życiu. Kiedy mama w końcu wróciła, kończyłam podstawówkę i byłam panienką, która najtrudniejsze ma już za sobą. Przykro to stwierdzić, ale wtedy już nie potrzebowałam tego co jeszcze niedawno było jak powietrze. Miałam już zdanie na temat wielu aspektów życia. Jednak strach nadal w nim gościł za sprawą wybuchowego ojca. Nie ma sensu opisywać sytuacji, w których czułam się z mamą wręcz terroryzowana. Może tylko jedno – ojciec miał fobię na punkcie brudnych naczyń w zlewie. Nieważne czy to jedna szklanka czy stos talerzy – zawsze awantura, wyzwiska i w najgorszym przypadku tłuczenie tego co było w zlewie. Efekt jest taki, że po śmierci ojca sama nie toleruję naczyń, które zalegają w zlewie czekając na umycie. Jedno spojrzenie w zlew i gdzieś podświadomie pojawia się myśl, że znowu będzie awantura. Ta mała dziewczynka we mnie wciąż to pamięta i wie jakie były skutki. To nic, że moje dzisiejsze życie jest niczym sielanka, bo mój mąż to najcudowniejsza istota pod słońcem, od dziesięciu lat nawet jednej awantury, żadnych krzyków, wyzwisk… Dziewczynka we mnie nadal się boi, że ktoś ją zostawi, że ktoś narazi na potworne doznania.

Odkryłam tę dziewczynkę we mnie i muszę każdego dnia mówić jej jak bardzo ją kocham, że jest bezpieczna i nic jej nie grozi. Codziennie mówię jej, że już nigdy nikt jej nie zostawi, że jest dla mnie ważna i będę ją chronić…

Przy okazji zadałam sobie pytanie co takiego działo się w moim życiu przed pierwszym, tym najgorszym napadem paniki 5 lat temu… Mąż pracował wtedy na noce przez jakiś miesiąc. Nie cieszyłam się, że zostaję w domu sama z małymi dziećmi. Podświadomie ta mała dziewczynka we mnie bała się, że coś się wydarzy… Do tej pory nie czuję się komfortowo kiedy męża nie ma w domu, ale staram się nad tym panować… Uspokajam małą dziewczynkę we mnie… Ona musi wiedzieć, że jest bezpieczna i kochana…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *