Tak na początek…

Gdyby ktoś nie wiedział, gdzie trafił – zaczynam z grubej rury. Mam zdiagnozowaną nerwicę lękową, jestem kobietą 40-letnią, żoną najwspanialszego mężczyzny na świecie i matką jeszcze nieletnich dzieci. Wykształcenie wyższe, liczne talenty manualne, znajomość obsługi wielu programów graficznych, wielbicielka dobrego filmu, dobrej muzyki… chyba jestem zupełnie normalna. Do tego dodam bardzo emocjonalny stosunek do świata, wielką wrażliwość itd. Odkąd pamiętam widziałam więcej, słyszałam dokładniej i przeżywałam głębiej niż inni. To mnie chyba zgubiło, a na pewno “pomogło” nabyć lęk przed życiem. Tak, przed życiem, bo od zawsze doszukiwałam się czarnej strony sytuacji, nawet jeśli ten “zły” scenariusz miał zerowe szanse wystąpienia. Jednak zawsze było: “a co, jeśli…?”

Rodzice ciągle czegoś zakazywali, czymś straszyli – na łyżwach miałam połamać nogi, na rowerze wybić zęby, na dyskotece mieli mnie gwałcić i naszpikować narkotykami a na kolonii mogłam się utopić itp. W rezultacie wychowali mnie na “kalekę” – nie umiem jeździć na rowerze ani na łyżwach czy nartach, nigdy nie pływałam… Jakoś nikt nigdy nie zmusił mnie do picia alkoholu (jeśli sama nie chciałam), nigdy nie przyjęłam żadnego narkotyku, nie paliłam trawy, po prostu nic… Nigdy jakoś nie byłam ciekawa jak po nich jest. Pilnowana byłam na każdym kroku, rozliczana niemal z każdej minuty spóźnienia. Dopiero kiedy w wieku 17 lat poznałam mojego przyszłego męża (pierwszego), rodzice odpuścili, bo miałam już swojego stróża, któremu ufali. Byłam wolna… Wyszłam za mąż mając 24 lata. Ponad 7 lat “chodzenia” wystarczyło, żeby się zorientować, że mój ukochany to alkoholik. Pił ciągle. Nie do nieprzytomności, ale codziennie po pracy szedł na piwo. Pił 3 czy 4 i wracał do domu. Oprócz tego był wspaniałym człowiekiem – czułam się kochana, rozpieszczana, dbał o mnie jak mógł i jak tylko podpowiadała mu wyobraźnia, ale… no właśnie… kochałam go i nie rozumiałam dlaczego pije. Po latach drżałam, gdy miał wychodzić z pracy, bo byłam pewna, że znowu pójdzie pić, a mnie się to nie podobało. Chciałam spędzać z nim więcej czasu, gdzieś wychodzić… Po ślubie nic się nie zmieniło. Generalnie pił codziennie. Pamiętam jedną Wigilię… wyszedł koło 16.00 (ostatnia chwila przed zamknięciem sklepu) po soki do picia i wrócił… koło północy. Pijany… Dostałam wtedy od niego pod choinkę wymarzone oryginalne pióro Parkera z długopisem, mam to do dziś. Tak jak nasze “chodzenie” trwało 7 lat, tak i małżeństwo… po 7 latach rozwiodłam się z nim… na pierwszą rozprawę przyszedł pijany. Nie przeszedł nawet bramki w sądzie, bo go zgarnęli na bok i podstawili alkomat. Nawet wtedy moje serce pękało z bólu… Może inna kobieta by to całkowicie zignorowała, uśmiechnęła się z pożałowaniem… ja nie mogłam… było mi go szkoda. Chwilami nawet dziś mam poczucie, że cholernie go skrzywdziłam, bo wiem, że kochał mnie do końca jakąś swoją pokręconą miłością, od której silniejszy był tylko albo aż alkohol.

Po pierwszym mężu związałam się z facetem, który – jak się potem okazało – też był alkoholikiem. Przez prawie rok był idealny, bo był “zaszyty”. Potem zaczęło się piekło – próby bicia mnie, wyzwiska, podejrzenia, omamy po grzybkach, które lubił jeść (jeden atak o mało nie wywołał u mnie zawału, miał jakieś zwidy, z kimś rozmawiał w dziwnym języku). Ponieważ wykonywał dość odpowiedzialną pracę i znał za dużo tajemnic służbowych, nie wyrzucili go z pracy kiedy zaczął i tam popijać, ale zafundowali mu miesięczne leczenie w ośrodku zamkniętym w Otwocku. Ja w czasie jego nieobecności poznałam mojego obecnego męża. Kiedy tamten wrócił po leczeniu, miał już spakowane rzeczy i byłam pewna, że nie ma dla niego miejsca w moim życiu. Po prostu go wygoniłam jak psa. I w tamtej chwili mogłam już zacząć nowy związek… tak już mam, kończę jedno, żeby z czystym sumieniem zacząć drugie… Zaczęłam… i od prawie 9 lat jestem w końcu szczęśliwa. Mam cudownego męża, przyjaciela od i do wszystkiego. Wszystko nam się układa – mamy zdrowe dzieci, wspólne zainteresowania i pasje, masę wspólnych tematów do długich rozmów, w sypialni jest ciągle ogniście i pomysłowo… sielanka. Prawie, bo mam nerwicę lękową!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *