Nieznane oswojone…

Pan neurolog okazał się bardzo kompetentnym starszym człowiekiem. Przede wszystkim budził respekt. Nie lał wody, nie wykazywał ochoty do rozmowy o wszystkim (jak większość lekarzy), skupił się jedynie na przyczynie mojej wizyty u niego. Oczywiście również przebadał mnie w wiadomy sposób (palec na nos i wiele innych sztuczek). Piszę o tym z uśmiechem na ustach, bo to co kazał mi robić jest do tej chwili dla mnie zabawne, ale zdaję sobie sprawę, że ludzie naprawdę chorzy mają problem z wykonywaniem tych wszystkich poleceń. Ja przeszłam ten test, więc usłyszałam, że póki co pan doktor nie widzi nic złego i neurologicznie wydaje się być wszystko w porządku. Potem zaczął mi zadawać wiele pytań i wiedziałam, że one czemuś służą. Służyły – powiedział, że podejrzewa u mnie nerwicę, bliżej nie mógł nic określić, bo potrzebne były dodatkowe badania. Zauważył zachowania, których nie byłam świadoma – ciągłe sięganie do twarzy w celu poprawienia włosów, dotykanie uszu, szyi, pocieranie dłonią uda, kręcenie stopą i podskakiwanie nogi w czasie siedzenia. Dostałam nowe leki – Mozarin i Alprox, dawki minimalne. Możecie wierzyć lub nie, ale po 2 dniach odżyłam. Inaczej spojrzałam na świat. Zaprosił mnie również na oddział do szpitala na 3 dni. Nie muszę mówić co przeżywałam. Szpital to dla mnie koniec świata. Według moich chorych teorii ludzie w szpitalu umierają, albo są śmiertelnie chorzy. Jednak mój stan – niechęć i wręcz nienawiść do tego co się ze mną dzieje były na tyle silne, że było mi wszystko jedno.

W szpitalu na pierwszy rzut tomografia głowy, żeby wykluczyć ewentualne zmiany mojego jakże przewrotnego mózgu. W głowie nie mam nic… Znaczy nie mam nic zbędnego. Ponoć wszystko jest jak powinno być. W tętnicach szyjnych jakieś znikome zmiany miażdżycowe, ale to podobno z wiekiem przychodzi. Krew i mocz książkowo – jak zwykle zresztą. Powinnam wyć ze szczęścia, że odkąd pamiętam moja krew i mocz nie wykazują żadnych zmian, ale to nie takie proste. Potem zostałam zaproszona na testy do pani psycholog. Myślę, że jakieś 3 godziny spędziłam na odpowiadaniu na pytania, które ciągle się powtarzały, ale miały zmieniony szyk – czyli od tyłka strony, ale chodziło o to samo. Były testy o tym, jak bym się zachowała w danej sytuacji, albo skojarzenia i takie tam. W którymś momencie nie wytrzymałam i zapytałam, czy ja mam takie wrażenie, że pytania wciąż dotyczą tego samego czy one naprawdę takie są. Oczywiście cały czas miałam uśmiech na twarzy, bo zaczęłam podejrzewać, że naprawdę coś jest ze mną nie tak. Pani przyznała, że czekała na moje pytanie, bo to znaczy, że jest wszystko w porządku. Gdybym miała jakiś poważny problem, nie zauważyłabym tego. Później pani dokonała analizy moich odpowiedzi (chyba jakiś szablon musi być jak w quizie) i oświadczyła, że to nerwica lękowa – mam duży problem z tematem śmierci, wykazuję lęk przed nią i chorobami, zauważalne zachowania hipochondryczne. Doradziła także, że powinnam poddać się terapii u psychologa, która pomoże mi dojść do źródeł moich lęków a tym samym “oswoić” je i w miarę możliwości zrozumieć a potem zaakceptować. Jednym słowem miałam pozamykać drzwi w przeszłości i otworzyć wrota przyszłości bez zbędnego balastu w moim umyśle.

W ten sposób trafiłam na terapię…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *