Lęk i panika…

Nerwicy lękowej i istoty napadów paniki nie zrozumie nikt, kto tego nie doświadczył. Powiem więcej – oby nie doświadczył. Nagminnie spotykałam się z myleniem pojęcia lęk z pojęciem strachu. Strach można czuć przed szybką jazdą samochodem albo przed psem sąsiada, który łypie na nas dziwnie oczami, albo przed pijanym ojcem. Lęk natomiast pojawia się wtedy, gdy nie ma szybko jadącego samochodu ani psa sąsiada a my się boimy. Lęk dotyczy tego co jest irracjonalne, czego nie ma, co istnieje tylko w naszej wyobraźni, co sami powołujemy do życia. Niestety, reakcja naszego organizmu jest w obu przypadkach taka sama – uruchamia się postawa “uciekaj albo walcz”. O ile w przypadku psa sąsiada to bardzo dobra reakcja, bo ucieczka może ochronić nasze spodnie albo tyłek, to w drugim przypadku z logicznego punktu widzenia jest to zachowanie zupełnie niepotrzebne, bezsensowne. Przed czym mamy uciekać? Przed obrazem w naszym umyśle? Przed samym sobą? Jak i gdzie mamy uciec?

U mnie napady lęku czasami przechodzą w ataki paniki. Dzieje się to zawsze wtedy, kiedy nie dam sobie PRZYZWOLENIA na odczuwanie lęku. Kiedy walczę z objawami – panikuję… Jak to wygląda? Jestem wyczulona na działanie mojego organizmu – jestem w stanie wyczuć najmniejsze “pyknięcie” w środku mojego ciała, szczególnie “obserwowana” jest klatka piersiowa. Zapewne dlatego, że w mojej rodzinie choruje się na serce – dziadek doświadczył trzech zawałów (nie zmarł na serce jednak), ojciec całe życie miał stany przedzawałowe (hipochondryk) i wiele razy “umierał” na serce, siostra ojca jest dumną posiadaczką rozrusznika serca (już drugiego). Ponieważ jakoś zakodowało mi się, że problemy z sercem to śmierć, również i ja “mam coś z sercem” odkąd pamiętam. Kołatania serca pojawiły się jeszcze w latach studenckich. Może to był początek nerwicy lękowej – nie wiem. Wiele lat było w porządku… Po kilku śmierciach i chorobach w rodzinie, po wypadku samochodowym, problem pojawił się znowu… i chyba na stałe już.
Wróćmy do tematu… kiedy poczuję coś niepokojącego (dla mnie) w okolicy serca, włącza mi się “umieranie” – zakładam, że nadchodzi mój koniec i dokończę żywota zawałem. Zawałów miałam już – według tego schematu myślowego – setki, tak myślę. Jeśli poddam się temu i po prostu pozwalam sobie na te odczucia – wszystko mija po jakimś czasie. Na czym to pozwalanie polega? Po prostu próbuję nie zwracać na to uwagi, jeśli dopadnie mnie to w czasie wykonywania jakiejś czynności to nie przerywam jej, próbuję być ponad to… ale jest problem – nie zawsze udaje mi się być tak dzielną… i wtedy następuje zapętlanie się we własne wizje – że ból rośnie, że ściska, że się uduszę, że mnie nie uratują, że umrę, że nie chcę, że to nie mogę być ja itd itd… w ten sposób doprowadzam się do paniki. Ciężar na sercu rośnie, więc i strach rośnie i rośnie, cała się napinam, bo chcę to jakoś zatrzymać, mam uczucie że się duszę, więc łapczywie nabieram powietrza… pocę się zimnym potem, zaczynam drżeć (ręce, ramiona, organy w środku – czuję to jak się trzęsą), oddech staje się coraz szybszy i płytszy co prowadzi do uczucia duszenia się… bywa, że mnie mdli, do potów dołączają dreszcze i poczucie ogromnego zimna… momentami ma się wrażenie, że traci się zmysły, że się oszalało, że się nie panuje nad sobą (bo nie można zatrzymać objawów) i cały czas ma się poczucie, że to droga do śmierci… do tego dwa lub trzy razy doświadczyłam zjawiska depersonalizacji, czyli wrażenia, że się opuszcza swoje ciało.

W czasie takich ataków powinniśmy próbować kontrolować chociaż swój oddech, bo może dojść do hiperwentylacji. Co to takiego? Tutaj posłużę się cytatem, bo to dość zawiła sprawa: “Hiperwentylacja to określenie zaczerpnięte z łaciny, które można dosłownie tłumaczyć jako „nadmierne przewietrzanie”. Do takiego stanu dochodzi jeśli dana osoba wdycha więcej powietrza, niż jest to konieczne. Niewielka hiperwentylacja prowadzi co najwyżej do uczucia lekkiego mrowienia w kończynach, zwłaszcza w palcach dłoni. Silna i dłuższa hiperwentylacja doprowadzić może do poważniejszych konsekwencji, nawet do drgawek. Zazwyczaj powodem hiperwentylacji jest silny stres, lęk lub panika. Lęki prowadzą do przyspieszenia i pogłębienia oddechu. Do organizmu dostarczana jest zbyt duża ilość tlenu, a wydalana zbyt duża ilość dwutlenku węgla. Powoduje to spadek ilości dwutlenku węgla we krwi, a wtedy krew wiąże znajdujący się w niej wolne jony wapnia. Ten zaś jest niezbędny do prawidłowej pracy nerwów i mięśni. Niedobór wolnego wapnia w krwi powoduje skurcze mięśniowe i mrowienia nerwowe w rękach i nogach. Niedobór wapnia powoduje zaciskanie się mięśni gładkich oskrzeli a to powoduje odczuwanie duszności. Duszność nasila lęk, a ten zwiększa hiperwentylację i zamyka się błędne koło. Znaczne niedobory wolnego wapnia i zbyt duża ilość tlenu we krwi mogą spowodować nawet wystąpienie drgawek całego ciała.” (www.psychiatria.pl, dr J. Krzyżowski, Napady paniki i fobie)
Najlepszy sposób pomocy osobie, która ma hiperwentylację to podanie jej do oddychania papierowej torebki – trzeba ją przyłożyć do ust i oddychać przez nią. W ten sposób otrzymuje się więcej dwutlenku węgla a mniej tlenu i parametry krwi wracają do normy (a przynajmniej powinny).

I ostatnia sprawa, pod którą podpisuję się obiema rękami – lęk uogólniony. Jego cechą jest zamartwianie się nieomal wszystkimi aspektami życia, ciągły niepokój i zdecydowanie pesymistyczne nastawienie do jakiegokolwiek działania. Ludzie dotknięci tą dolegliwością bez przerwy snują pesymistyczne wizje przyszłości swojej i najbliższych. Ich wyobraźnia przysparza im najwięcej lęków i mimo, że są one bezzasadne, to ciężko im je wyperswadować. Skutkują przewlekłą bezsennością, wewnętrznym niepokojem, niemożnością zrelaksowania się lub wzmożoną drażliwością.

Jeśli dotrwaliście do tego zdania to można powiedzieć, że kwestię zapoznawania się ze mną mamy z grubsza za sobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *