Fejsbukowe wsparcie – lwom na pożarcie

Odpylacz Cyklonowy, Przekaż, Huragan, Burza, Chmury

Człowiek ciągnie do człowieka.

Kiedy jest źle, żeby ktoś pocieszył.

Kiedy jest dobrze, żeby ktoś docenił.

Kiedy było źle a zrobiło się dobrze, żeby pochwalił i utwierdził, że to ma sens.

Kiedy było dobrze a zrobiło się źle, żeby przypomniał, że jesteśmy w stanie zrobić znowu dobrze.

Już drugi raz popełniłam ten błąd. Dwa lata temu kiedy moje lęki zaatakowały na nowo po kilku latach przerwy, jakoś spontanicznie znalazłam grupę wsparcia na Facebooku – ludzie z lękami, napadami paniki, z depresją, DDA itd. Początki były znośne. Mniej więcej streściłam co mnie gryzie i co mam. Okazało się, że całkiem spora grupa z lękami tam siedzi. Po paru dniach coś mnie zastanowiło. Regulamin grupy mówił, że wzajemnie się wspieramy, pomagamy sobie itd, itd. Tymczasem niemal każdy post coraz bardziej dobijał… licytacje o to, czy powinno się popełnić samobójstwo czy nie? kto bardziej dziś “cierpiał”? dlaczego mój chłopak to albo tamto? czemu ludzie są tacy a nie inni? Generalnie wszystko na nie, negowanie wszystkiego, odrzucenie każdej rady. Czasami miałam wrażenie, że do niektórych nie dociera ani jedno napisane słowo. “Boli mnie gardło dziwnie, czy to może być rak krtani?”, “Czy to normalne, że przy katarze widzę na chusteczce niteczki krwi?”. Chciałabym, żeby była jasność. Ja się nie naśmiewam, bo sama to wszystko przerabiałam. Wiem jednak po sobie, że takie grupy i takie posty mogą pogłębić nasze dolegliwości. U mnie właśnie tak się stało. Po kilkunastu dniach czytania co członków grupy boli, strzyka, gniecie dostałam pierwszego po tylu długich miesiącach ataku paniki. Zaraz potem opuściłam grupę.

Kilka tygodni temu znowu dołączyłam do takiej grupy. Nie wiem nawet czy to nie ta sama, bo się ich mnoży jak grzybów po deszczu. Teraz jakoś inaczej było, jakby mniej dołujących wpisów z serii “mam właśnie atak paniki co robić”. I tu pierwsza uwaga. Jak? Wytłumaczcie mi jak można w czasie ataku paniki pisać na grupie? Jeśli ktoś zna z autopsji czym jest taki atak, to wie, że to raczej niemożliwe. Dlaczego? No cóż, ciężko się wtedy skoncentrować na czymkolwiek – czasami nie można oddychać miarowo, myśli się nagle rozjeżdżają w różnych kierunkach, oczy latają wkoło jakby namierzały niewidoczny cel (pewnie szukają słynnego z wielu opisów tygrysa). Nie będę przywoływać całego schematu napadu paniki, bo kto przeżył to dobrze wie co, skąd i po co. Może się mylę, ale to chyba nie są ataki paniki. Nie wiem co to jest, ale moje ataki paniki powodowały, że myślałam tylko o tym, żeby przeżyć, nie mogłam usiedzieć w miejscu, chciałam uciekać (chyba przed sobą) albo siedziałam i kiwałam się w przód i w tył obejmując się przy tym ramionami. Szczęściem było, kiedy mąż był blisko i mógł mnie objąć – tak strasznie mocno, jak w kokonie… i wtedy przychodził spokój.

We wspomnianej grupie napisałam, że odkąd zaczęłam ćwiczyć, zdrowiej się odżywiać (mam dietę, bo chcę schudnąć – rzucenie palenia dołożyło parę kilogramów i centymetrów do “bogactwa” jakie z troską hodowałam latami) to odeszły lęki, negatywne myśli i stałam się pełna energii. Codziennie coś robię – ćwiczę, więcej zajmuję się domem, spaceruję z psem, przygotowuję sobie posiłki, ustalam menu, wczoraj robiłam przemeblowanie w salonie – ciągle mnie pełno w całym domu. Skończyło się dumanie w fotelu, patrzenie od niechcenia w obrazki w telewizji, spanie do południa i milczenie… Mój mąż powiedział, że kobiety na diecie zwykle są wściekłe i niezadowolone a mnie poszło w drugą stronę… więc napisałam w środę, w dzień małych kroków o moim osiągnięciu. Napisałam, że będę brutalna i nie będę się użalać nad takimi jak ja jeszcze niedawno – trzeba ruszyć tyłek i działać, coś robić – cokolwiek, byle nie stać w miejscu. To jak pociąg: najpierw ledwo się toczy, ale jak nabierze prędkości to prze do przodu z całą mocą. Nie różnimy się aż tak od takiej maszyny, też działamy w podobny sposób. Niestety, żeby coś zmienić trzeba się ruszyć, a żeby się ruszyć trzeba chcieć podnieść tyłek i wyjść z tego cieplutkiego gniazdka jakie takie osoby jak my sobie wijemy – bo to wygodniejsze, łatwiejsze, bo ktoś pogłaska, przytuli, pożałuje – bo biedna, o jaka nieszczęśliwa… NIE, NIE, NIE!!!!

Nie jestem chora. To moje myśli były chore. Udało mi się je uzdrowić. Właśnie dzięki ruchowi i diecie. A w tej grupie mnie zbesztano, bo śmiałam im powiedzieć, że mają się ruszyć i przestać pieścić ze sobą. Tak napisałam, bo wiem po sobie, że to działa. Czytałam wiele blogów, wiele książek i artykułów o życiu ludzi z lękami i paniką. W każdym było to samo – zmienić myślenie, zmienić styl życia, ruszyć się!!! Więc chyba to nie jest tylko mój wymysł. Nie chcę narzucać nikomu kompletnie nic, ale dziś wiem, że moja droga jest słuszna, bo widzę zmiany w sobie. Mój mąż widzi je we mnie, więc to jest dobra droga. Będę robić wszystko, by z niej nie zboczyć. Nie pozwolę, by osoby, którym dobrze w swoim niebycie ciągnęły mnie w dół. To jak tkwić w szambie i próbować się wydostać. Jak tylko wychylisz głowę i znajdziesz oparcie dla nóg, by się podciągnąć – ktoś łapie za sznurek i ściąga do dołu, bo jak to? chcesz wyjść? jak śmiesz być inny? jak może ci się coś udawać?

Dlaczego ludzie nie potrafią cieszyć się sukcesami bliźniego? Co się stało z ludzkimi odruchami? Co paraliżuje pewne reakcje? Czy to zazdrość? Złośliwość? Chęć poprawienia swojej wartości, bo w takiej grupie można bezkarnie uderzyć? Bo co? Bo nie widać? Bo jak nie widać to można?

Zaczęli pisać, że każdy musi mieć swój czas, żeby zacząć coś robić, że może ktoś nie ma teraz dobrego czasu na zmiany. A czy jest coś takiego jak dobry czas? To tak jakby alkoholik chciał przestał pić i powiedział, może od jutra, bo dziś nie jest dobry dzień. Każdy dzień jest dość dobry, by zacząć walczyć o siebie!!! Nie ma wczoraj, nie ma jutro. Można zacząć tylko dzisiaj.

Wiecie, co? To nie jest dla mnie. To był ostatni raz, kiedy dołączyłam do “grupy wsparcia”. Dla mnie to grupy wspierające to z czym ci ludzie powinni się rozprawiać.

Jeśli kogoś uraziłam, przepraszam. Nie takie były moje intencje. Powyższe opinie są tylko moje i bazowałam na własnych doświadczeniach.

Jeden komentarz

  1. I dlatego właśnie nie brałam udziału w takich spotkaniach, mimo iż doradzali mi to psychologowie. Stanowczo odmawiałam udziału we wszelkich takich grupach czy terapiach zbiorowych. Nie, po prostu. Poszłam kiedyś na jedno takie spotkanie w realu, dla DDA. Ono było pierwsze i ostatnie. Od razu wiedziałam, że wchodzę w kanał i nigdy nie wyjdę z użalania się nad sobą. Instynkt samozachowawczy zadziałał, całe szczęście. Chcieli bym mówiła o swoich problemach, rozdrapywała rany, a ja czułam się, jakbym taplała się w błocie, zamiast wciąć orzeźwiający prysznic. Czułam instynktownie, że potrzebuję czegoś innego. Wybrałam inną drogę i z tego się cieszę. Zaczęłam o tym mówić, kiedy byłam gotowa i na innych zasadach. Tobie też życzę tej radości, a zwłaszcza stabilizacji…

    „Czasami miałam wrażenie, że do niektórych nie dociera ani jedno napisane słowo” – bo nie dociera. Dociera tylko to, co pasuje do ich schematu. To, o czym Ty piszesz jest poza ich schematem. Oni nie umieją z niego wyjść.

    Dokładnie tak, najlepszy czas jest TERAZ, nie jutro. Powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *