A potem było…

… było ciężko. Szczęśliwe życie rodzinne nie zatrzymało mojej nerwicy. Śmierć Mamy zgniotłam w sobie. Długo nie byłam w stanie pogodzić się z jej stratą. Kiedy moje starsze dziecko miało 4 lata, jednej nocy wydarzyło się coś tragicznego i straciłam teściów – kochanych ludzi. Pomiędzy tymi “odejściami” tak bliskich mi osób, mieliśmy bardzo poważny wypadek samochodowy – z samochodu został tylko tył… nam nie stało się kompletnie nic. Nikt z ekip ratowniczych nie wierzył, że to my byliśmy w samochodzie. Wypadek wywołał u mnie w głowie spore zamieszanie. Nie umiałam się otrząsnąć. Co dziwne zaraz po wypadku był szok, ale najgorsze pojawiło się kiedy minęło jakieś pół roku – popadłam w stan silnie depresyjny. Kiedy rano mąż wychodził do pracy, ja siadałam na łóżku i zaczynałam wyć – tak, wyć! To nie był płacz… Miałam koło siebie 4-letnie dziecko, w łóżeczku prawie roczne i cały dom na głowie. Miałam wrażenie, że zrobienie im jedzenia, wyjście na spacer, posprzątanie i zajęcie się dziećmi to czynności niemożliwe do wykonania w kilka godzin. Dostawałam szału widząc brudne naczynia w zlewie, bo to był powód, że znowu coś miałam zrobić. Popadałam w jakąś paranoję. Ale i to się skończyło, bo pewnego pięknego letniego wieczoru siedząc na balkonie doznałam okropnego uczucia – byłam pewna, że zaczynam umierać. Śmieszne? Być może… Dla mnie – wtedy i do dziś – było to przerażające i nigdy nie chciałabym już tego poczuć. Zanim jednak zaczęłam “umierać”, wybrałam się do psychiatry. Po prostu czułam, że potrzebuję pomocy i sama jej sobie nie udzielę. I to był mój błąd. Uważam, że najpierw powinnam pójść do psychologa. Pomijam, że tak naprawdę to lekarz pierwszego kontaktu powinien potraktować mój stan z większym zrozumieniem, nie zbywać mnie ironicznym “mniej stresu”. Panuje przekonanie wśród lekarzy (chyba większości), że nerwica to pryszcz, że “wzięcie się w garść” pomoże. Oj, nie pomoże…

Wspomniana pani psychiatra oczywiście dała mi leki – Cital i Afobam w razie napadów silnego lęku. Właśnie na drugi dzień po zażyciu pierwszej tabletki Citalu przytrafiło mi się owo “umieranie”. Jak to wyglądało? Otóż w jednej chwili poczułam, że słabnę. Szybko położyłam się na łóżku i tylko wyszeptałam do męża, że chyba umieram. Zadzwonił po karetkę, ale ja byłam jak za jakimś woalem. Niby w pokoju na łóżku, ale moje ciało i leżało i odrywało się ode mnie, jakbym miała wyjść z niego. Przestałam czuć nogi i ręce. Szło we mnie jakieś odrętwienie, jakbym była po znieczuleniu… I do tego przeogromny strach, że odchodzę, że to już koniec… PANIKA… nie umiem oblec tego w słowa… Jeśli prawdziwa śmierć tak ma wyglądać, to ja nie chcę…

Pan z karetki zbadał mnie – zastosował na mnie wszelkie sztuczki typu “zamknąć oczy i palcem w nos”, wypytał o kilka rzeczy i kiedy powiedziałam o Citalu i psychiatrze, miałam wrażenie, że jakby przestał się mną interesować. Chyba za karę kazał wystawić tyłek i załadował we mnie igłę ze specyfikiem, po którym “miało przestać mi się myśleć i zachcieć spać”. Myśleć się przestało, umieranie przeszło, ale strach (tym razem, że się to powtórzy) i ból w tyłku został. Jednak przyznam – uspokoiłam się. To była niedziela. Poniedziałek upłynął mi pod znakiem oczekiwania na powtórkę. Nie powtórzyło się. We wtorek zatem pełna życia i nieco uspokojona zajęłam się czymś w kuchni (było rano, dzieci po śniadaniu, mąż w pracy) i nagle poczułam zimny pot na czole. Oczy mi wyszły ze strachu, nogi się ugięły i panika wróciła. Dowlokłam się do łóżka (jakoś zawsze w ciężkich chwilach ciągnie mnie łóżko) i zadzwoniłam po męża. Za kilka minut był. Do pracy już nie poszedł, bo mnie zabrało pogotowie do szpitala. Tam oczywiście całkowicie mnie olali. Dostałam kroplówkę, bo moje objawy to miał być brak elektrolitów (było upalnie od wielu dni). Po paru godzinach wróciłam do domu. A po kilku dniach stwierdziłam, że tak się żyć nie da i sama zaczęłam szukać dla siebie ratunku. Powtórzę raz jeszcze – wtedy nie wiedziałam, że mam nerwicę lękową i to ona tak mnie “atakuje”. Wpadłam na genialną myśl, że może ja jednak neurologicznie jestem nieco popsuta. Wyszukałam jednego z lepszych neurologów w mieście – okazało się, że ordynatora szpitala. Umówiłam się więc na wizytę prywatną i pojechaliśmy… cdn.

Jeden komentarz

  1. Kochana moja, masz talent. Pisz dalej. Dzielenie się problemami z innymi pomaga. To rodzaj psychoterapii. Ja w jej ramach włączyłam się do grupy na facebook-u dla osób z ChAD. Ale i tak mam wrażenie że ja sama siebie nie rozumiem czasami taka pokręcona jestem. trzymaj się i pisz dalej. Czekam na następny wpis.

    ~Milena Regielli-Frąk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *